Archiwum 04 marca 2011


mar 04 2011 tak to się zaczęło. :D
Komentarze (2)

Ten początek to nie jakaś wielka pompa, skromna impreza mówiąc szczerze- nic nadzwyczajnego. Można powiedzieć, że ten początek był niemalże niewinny. W gruncie rzeczy zaczęło się dzięki Wiktorowi. A było to tak... 
  
Pierwsze dni marca owocowały ochotą jakiejś przygody, jakiegoś chociażby spotkania, które da nam powód do radości. Taka możliwość pojawiła się dzięki propozycji Wiktora. Jego mama wyjechała, do tego zbliżał się weekend- wszystko sprzyjało rozwijającemu się w naszych głowach planowi. Nawet pogoda była ładna zważając na miesiąc. To był piątek, dzień kiedy przeżywaliśmy katusze czekając aż wskazówka na zegarze wskaże godzinę 15. Oskar miał wtedy w butelce po wodzie mineralnej naszą hm, ognistą wodę, żeby się wyrazić kulturalnie. Każdy chciał zaczerpnąć łyka, ale tylko niewielu się udało. Komiczną sytuacją było, kiedy Patryk spróbował. Chłopak chyba wierzył, że to jedynie woda. Może chciał spróbować czym my się tak podniecamy? No i spróbował, aż chłopakiem wstrząsnęło. 
Dwie ostatnie godziny polskiego, spędzone na lenistwie przeciągały się w nieskończoność, a każde z nas powtarzało co chwila formułkę : niech już będzie 15. W takich chwilach dzwonek to jakby sygnał na start. Bo ta chwila między ostatnim dzwonkiem, a spotkaniem upłynęła zadziwiająco szybko. 
 
 
Pełne szczęścia, tryskające humorem cisnęłyśmy tego dnia razem z Niką przez wieś. Przy okazji wstąpiłyśmy po Bartka, drzwi otworzyła nam jego babcia. Zszokowana tym, że o wnuka pytają dwie takie lasencje jak my (żart sytuacyjny, ofkorz) jednak go zawołała. Bartek również był zszokowany, że stoimy pod jego drzwiami (nie wiem, czy to jakieś rodzinne, czy my z księżyca spadłyśmy?) ubrał kurtkę i buty i poszedł z nami. Otrzymałyśmy po drodze kilka telefonów od cisnących już razem z pod czwórki Wiktora i Oskara. To że są razem i to, że niosą w plecakach rzeczy istotne oraz to że mogą te rzeczy wypić sami, bez nas działała na nas motywacyjnie. W końcu nasza trójka dostrzegła dwie postacie idące nam na przeciw. Wtedy to się dopiero zaczęło. 
  
Jak jesteśmy wszyscy razem, to możemy już pić no nie? :D 
 
 
Bez przepitki, bez wystarczającej liczby kieliszków, jedynie z paczką czipsów urządzaliśmy stacje co średnio 50m. Nasza mała, osobista droga krzyżowa (z dobrego serca nie polecam przegryzać wódki czipsami, nie żebym miała jakieś doświadczenie co do tego). Takim sposobem, podczas tej drogi połowa naszego gumi soku znalazła się w naszych łaknących więcej brzuchach. Ktoś rzucił, dzwońcie po Suchmiela, ktoś powiedział, że przydałaby nam się kasa. Więc zadzwoniliśmy. Sumel włączył szósty bieg i znalazł się pod sklepem w 10 minut. I kasa i Sumel w jednym, a może kasa w portfelu Sumela? :D 
  
Od początku samego, nawet nie dnia, ale tygodnia się broniłam, lamentowałam, prosiłam- nie idziemy do mnie. W końcu sama ich do siebie zaprosiłam. 
 
 
Przez całą drogę próbowałam wytłuc czopom z głowy informacje, że babcia idzie na imieniny- nadaremnie. 
 
 
W końcu- dla świętego spokoju, dla poczucia odrobiny ciepła, dla zaprzestania szwendania się po okolicy- uległam. Poszliśmy do mnie, niestety nadkładając trasy, przechodząc za kościołem. W między czasie zadzwoniliśmy po Monikę. Argumenty brzmiały: przychodź, przepraszam nic nie słyszę, bo się drą, taak, są już najebani, ja się jeszcze trzymam
I jeszcze skrawek tego pozostał mi w pamięci, jak wydawało nam się, że Bartek już myśli nietrzeźwo. Jego policzki przybrały różu, słowa lekkiej nutki głupoty, a wymiana spojrzeń reszty wymowności. Cii, nie mówcie mu tylko o tym, pliiisss ? ;P 
 
 
Wbiliśmy do mnie. Babcia jeszcze nie wyszła, ale usiedliśmy grzecznie w pokoju, jak gdybyśmy nigdy nic złego nie zrobili, niczego na sumieniu nie mieli. Odgłos zamykanej, skrzypiącej furtki przerwał tą całą maskaradę. Każdy dostał po kieliszku, ktoś czegoś polał, ktoś coś zwinął z szufladki w kuchni, ktoś coś przypalił. 
 
 
No i 3 telefon tego dnia- trzeci z pozytywną odpowiedzią- Skrzeku. Jak nic utkwiła mi w pamięci wymiana zdań między mną a Wiktorem: 
W: Dzwońcie po Skrzeka! 
M: Nie przyjdzie, zobaczysz.
 
W: Powiedźcie, że ja jestem, to przyjdzie. 
Miał cholera racje, przyszedł. Ale wcześniej weszła Monika, a jej wejście można określić jako niemalże spektakularne. Ledwo co, biedna dziewczyna próg przekroczyła, a w korytarzu otoczył ją krąg chłopaków, krzyczących i skaczących w okół niej. To mogło znaczyć tylko jedno:
 
-Tylko ja nie jestem pijana. Ja chce być najebana -stwierdziła po chwili Mimiśka. 
 
 
I takim sposobem siedzieliśmy już nie w piątkę, a w siódemkę w pokoju- domu mojej babci, przebywającej w tym czasie na imieninach, niczego nieświadomej, dzięki bogu. I ta siódemka zobaczyła przez okno Skrzeka. I to była już pełnia szczęścia. Od tego momentu przewija mi się kilka obrazów: 
-paliliśmy w łazience, Weronika upadła (ale ja tego nie pamiętam) wszyscy zabraliśmy się za jej podnoszenie,
 
-Kamil rozkminił gdzie jest barek i mimo moich protestów, podczas mojej nieuwagi rozlał całą połówkę żubrówki, część sam pociągając z gwinta, 
-wielkie wyganianie z domu chłopaków w postanowieniu, żeby posprzątać i się zmyć. 
  
Udało się w końcu, wypędziłyśmy ich- we trzy na całą piątkę, uwierzcie to nie było takie łatwe, mówimy o szczególnych przypadkach. Teraz rozbraja mnie wspomnienie swojego stanu. Komicznego kręcenia się w głowie i powtarzania:jestem pijana, ale ok, trzeba się zebrać. Ogarnęłyśmy jakoś. Wszystko wyglądało niemalże tak jak było przed naszym przyjściem- jedynie w butelce w barku zamiast tego co powinno być była praktycznie sama woda i odrobina posmaku. Zwinęłyśmy się z domu, kiedy do drzwi z powrotem zaczęli pukać chłopaki. Poszliśmy na boisko, ale nie jestem w stanie powiedzieć co działo się między siedzeniem u mnie, a siedzeniem na boisku. Wiem, że ku mojemu niezadowoleniu mieli Krupnik. 
 
 
Chwile spędzone na boisku- po ciemku- były jednymi z gorszych tego dnia. Ciemne karty naszych przygód, takich też mamy niemało, ale o nich ciężko i niemiło jest wspominać, więc o nich nie wspominajmy. Tym razem wypadło na Wiktora, tyle nadmienię. Na dodatek na pogorszenie jego niewyraźności, ktoś mądry dał mu zamiast Rutinoskorbinu soczek Cappy i za to kogoś tego przydałoby się trzepnąć, ale my nie stosujemy przemocy, do takiej patologi się nie zniżamy (I irony). Ktoś mu potem bardzo długo wypominał, że powinien oddać kasę za ten sok, za co ktoś dostał i teraz oficjalnie ostaje opieprz. 
 Więc opieprzam cię ktosiu, kimkolwiek jesteś ! :D 
Rozstaliśmy się z Moniką, Bartkiem i Sumelem w drodze powrotnej pod torami, żeby było co powiedzieć babci. Reszta wróciła do mnie, to nie był dobry stan nikogo z nas na jakieś wylewne rozmowy, czy wygłupianie się. Po prostu milczeliśmy, milczenie bywa dobre. Tymczasem u trójki wracającej do swoich własnych osobistych domów się działo. 
Zapamiętamy z tego dnia dialog między Moniką, a Sumelem w obecności Bartka: 
S: Patrzcie jaki dziwny kot. -wymowna wymiana spojrzeń. 
M: Sumel, to nie kot, to pies...
 
S: Eh, dziwne te koty. 
A może to Monice i Bartkowi się pomieszało, czemu obwiniacie biednego Mateusza ?! xD 
 Tej nocy spała u mnie Weronika, pamiętam jak mi się plontał język przy rozmowie z jej mamą, pamiętam niespodziewaną wizytę jej mamy u mnie- przyniosła jej wtedy rzeczy. 
  
 Tak mało brakowało, a pierwsze spotkanie zakończył by przypał. Ale gładko się z tego wywinęłam, wywinęliśmy... 
  
  
CDN !!! :D 

grandiose